20.05.2026


Zdecydowałam się reaktywować swoją stronę internetową wyłącznie po to, aby przedstawić własne wyjaśnienia dotyczące wydarzeń z ostatnich lat oraz informacji publikowanych na mój temat w internecie. Reaktywowanie strony nie oznacza powrotu do prowadzenia opieki nad zwierzętami ani wznowienia działalności w dotychczasowej formie. Celem tej publikacji jest jedynie przedstawienie mojego stanowiska oraz szerszego kontekstu sytuacji, która przez długi czas była pokazywana publicznie wyłącznie z jednej strony.

Musiał upłynąć ponad rok, abym była w stanie w ogóle spróbować opisać tę sytuację własnymi słowami i publicznie się do niej odnieść

Pomimo upływu czasu nadal odzywają się do mnie dawni goście oraz osoby, które wcześniej korzystały z mojej pomocy. Otrzymuję wiadomości, życzenia świąteczne i noworoczne oraz telefony, jednak do tej pory nie potrafię odebrać, odpisać ani konfrontować się z obecną sytuacją. Towarzyszy mi poczucie wstydu, zażenowania, bezsilności oraz lęku przed ponowną oceną i rozmowami na temat całej sytuacji. Nadal próbuję odnaleźć się w rzeczywistości, która przez ostatnie lata całkowicie wymknęła się spod kontroli i nadal nie potrafię powiedzieć, że naprawdę wyszłam z tej sytuacji.

Przez ostatni rok wokół mojej osoby pojawiło się bardzo wiele komentarzy, ocen i uproszczeń związanych z rzekomym porzuceniem psa oraz w późniejszym okresie interwencją dotyczącą kotów. Większość osób zna jedynie finał całej historii — nagrania z interwencji, zdjęcia, informacje publikowane w internecie oraz komentarze innych ludzi. Bardzo niewiele osób zna natomiast tło sytuacji, które rozwijało się przez wiele lat.

Przez długi czas nie odnosiłam się publicznie do pojawiających się zarzutów ani komentarzy. Jako osoba objęta postępowaniami i świadoma ich konsekwencji nie chciałam publicznie komentować spraw będących ich przedmiotem ani wpływać na ich przebieg. Z tego powodu przez wiele miesięcy w przestrzeni publicznej funkcjonowała głównie jedna wersja wydarzeń, podczas gdy ja nie przedstawiałam własnej perspektywy.

Nie publikuję tego tekstu po to, żeby kogokolwiek oczerniać, obrażać czy wzbudzać litość. Chcę jedynie przedstawić własną perspektywę i wyjaśnić mechanizm sytuacji, która stopniowo doprowadziła mnie do miejsca, w którym ostatecznie się znalazłam.

W październiku 2018 roku pod moją opiekę trafiły trzy koty należące do człowieka, z którym pozostawałam w stałym kontakcie. Sytuacja od początku miała być tymczasowa, dokładnie trzydniowa. Słyszałam zapewnienia, że koty zostaną odebrane, że koszty związane z ich utrzymaniem zostaną uregulowane i że cała sytuacja zaraz się unormuje.

Na początku nie zakładałam, że sprawa przeciągnie się na lata. Gdybym miała świadomość, jak długo to potrwa i jakie będą konsekwencje, wiele decyzji podjęłabym zupełnie inaczej.

Z biegiem czasu sytuacja, która początkowo miała być tymczasowa, zaczęła się przeciągać. Koty nadal pozostawały pod moją opieką, również z kosztownymi zaleceniami żywieniowymi, a kolejne zapowiedzi odbioru lub uregulowania kosztów opieki były przesuwane.

Równocześnie coraz bardziej zaczęły pojawiać się skutki życia w oparciu o ciągłe zapewnienia, że sytuacja zaraz zostanie rozwiązana. Każda kolejna deklaracja przyjazdu, odbioru kotów lub przekazania pieniędzy wpływała na moje decyzje dotyczące mieszkania, rodziny, działalności oraz codziennego funkcjonowania.

Z czasem zaczęły narastać problemy finansowe oraz mieszkaniowe. Coraz większa część moich środków była przeznaczana na bieżące funkcjonowanie oraz utrzymanie zwierząt. Pojawiały się zaległości związane z mieszkaniem i mediami, a sytuacja stawała się coraz bardziej niestabilna

Po pewnym czasie właściciele domu wystąpili do sądu o eksmisję. Równocześnie zaczęły pojawiać się kontrole oraz działania różnych instytucji uniemożliwiające mi dalsze prowadzenie działalności i funkcjonowanie w tym miejscu.

W praktyce doprowadziło to do sytuacji, w której zamiast normalnie pracować i próbować stabilizować swoją sytuację, coraz większą część czasu i energii musiałam poświęcać na radzenie sobie z kolejnymi problemami administracyjnymi i mieszkaniowymi.

Brałam tylko tyle zwierząt, ile było konieczne, aby utrzymać te, które już znajdowały się pod moją opieką — moje koty, koty należące do tego człowieka oraz cztery porzucone psy. W tamtym okresie bardziej skupiałam się na próbie przetrwania bieżącej sytuacji niż na rozwijaniu czegokolwiek.

Wiele osób zadaje pytanie, dlaczego przez tyle lat koty nadal pozostawały pod moją opieką i dlaczego po prostu nie przekazałam ich dalej lub nie oddałam ich do instytucji. Problem polega na tym, że zwierzęta trafiające pod opiekę hotelu czy opiekuna tymczasowego bardzo często nadal pozostają formalnie zwierzętami właścicielskimi.

W praktyce oznacza to, że osoba sprawująca opiekę nad takim zwierzęciem nie może samowolnie podejmować decyzji o przekazaniu go innym osobom, fundacjom czy instytucjom bez wyraźnej zgody właściciela albo formalnego zrzeczenia się zwierzęcia. W przeciwnym przypadku sama mogłaby zostać oskarżona o bezprawne dysponowanie cudzym zwierzęciem traktowanym w świetle prawa jako własność.

W sytuacjach, w których właściciel przestaje odbierać zwierzę, unika kontaktu i jednocześnie nie opłaca jego pobytu lub utrzymania, jedyną realną drogą pozostaje zgłoszenie sprawy organom ścigania jako porzucenia zwierzęcia. Problem polega jednak na tym, że w praktyce wiele takich zgłoszeń jest umarzanych albo w ogóle nie zostaje formalnie przyjętych. Moje zgloszenie odnośnie kotow w ogóle nie zostalo przyjęte. 

W przypadku tych kotów sytuacja była dodatkowo skomplikowana, ponieważ kontakt z właścicielem praktycznie istniał cały czas — często codziennie, a czasami nawet kilka razy dziennie. Równocześnie cały czas pojawiały się kolejne deklaracje odbioru kotów, przyjazdu lub uregulowania kosztów. Powodowało to sytuację, w której formalnie zwierzęta nadal miały właściciela pozostającego w kontakcie, a ja przez lata funkcjonowałam w przekonaniu, że rozwiązanie sytuacji jest kwestią najbliższego czasu.

Pomimo tego kontakt trwał cały czas i trwa do dzisiaj. Nadal pojawiają się kolejne zapewnienia dotyczące przyjazdu, odbioru kotów, przekazania pieniędzy lub ostatecznego zakończenia tego stanu. Sytuacji, w których konkretny termin był ustalany, jednak ostatecznie nie dochodził do skutku, można byłoby wyliczać w setki. Praktycznie codziennie padają podobne deklaracje.

 W kolejnych latach coraz większa część mojego życia zaczęła być podporządkowana oczekiwaniu na rozwiązanie tej sytuacji. Dotyczyło to zarówno spraw mieszkaniowych, jak i możliwości normalnego planowania przyszłości czy odzyskania poczucia stabilizacji.

Najbardziej dramatyczny okres nastąpił w czasie poprzedzającym eksmisję i późniejsze wydarzenia związane z interwencją.

Do samego końca słyszałam zapewnienia, że ktoś przyjedzie, że będą pieniądze i że sytuacja zostanie rozwiązana. W oparciu o te deklaracje podejmowałam kolejne decyzje dotyczące mieszkania i dalszego funkcjonowania.

26 stycznia 2025 roku na stronie właścicielki hotelu, do którego trafił pies w dniu eksmisji pozostający wcześniej pod moją opieką, pojawił się publiczny post sugerujący, że pies został porzucony przez „kobietę z Gdyni prowadzącą hotel dla zwierząt”. Pomimo że w poście nie podano mojego imienia i nazwiska, w komentarzach zaczęły pojawiać się pytania wskazujące bezpośrednio na moją osobę (w chwili obecnej usunięte).

Wiem również, że część osób może zadawać pytanie dotyczące psa, wobec którego później publicznie pojawiły się zarzuty porzucenia. Dlatego chcę wyjaśnić również tę sytuację.

Pies przebywał w hotelu odpłatnie. W pewnym momencie, w związku z moją sytuacją finansową i narastającymi problemami, pojawiło się zadłużenie związane z jego pobytem. Pomimo tego nadal organizowałam dostawy karmy. Deklarowałam również chęć odbioru psa, jednak informowano mnie, że będzie to możliwe po uregulowaniu zaległości.

W tamtym czasie próbowałam również pod postem pokazywać dowody wpłat za hotel oraz dostawy karmy dla psa, jednak nie zmieniło to sposobu, w jaki byłam przedstawiana publicznie.

19 lutego 2025 roku prokuratura umorzyła postępowanie dotyczące rzekomego porzucenia psa, uznając, że nie doszło do popełnienia przestępstwa. Informacja ta nie została jednak opublikowana w taki sam sposób jak wcześniejsze oskarżenia.

Kilka miesięcy później doszło do interwencji dotyczącej moich kotów oraz zarzutów rzekomego znęcania się nad zwierzętami. Zawiadamiającą oraz aktywnie uczestniczącą w tej sprawie była osoba, która wcześniej przyjęła psa do hotelu, co również zostało odnotowane w późniejszym uzasadnieniu prokuratury. W uzasadnieniu wskazano także, że opis sytuacji przedstawiony w zawiadomieniu budził poważne wątpliwości oraz pozostawał w sprzeczności z ustaleniami policji i dokumentacją schroniska.

Prokuratura wskazała również, że policjanci obecni na miejscu zdarzenia zeznali, iż nie słyszeli odgłosów zwierząt dochodzących z pojazdu, o których była mowa w zawiadomieniu. W uzasadnieniu podkreślono także, że zabezpieczone koty znajdowały się w stanie dobrym i niezagrażającym ich życiu, a sytuacja miała charakter przejściowy związany z moją przeprowadzką do nowego mieszkania.

W uzasadnieniu wskazano również, że jeszcze przed główną interwencją miały miejsce wcześniejsze kontrole — jedna dzień wcześniej oraz dwie w dniu interwencji w godzinach południowych. Żadna z tych interwencji nie wykazała, aby zwierzęta znajdowały się w stanie zagrożenia życia lub zdrowia.

Mimo tego w internecie opublikowano materiały przedstawiające jedynie wybrany fragment wydarzeń oraz stan zastany podczas interwencji około godziny 23:00. Nie uwzględniono przy tym, że zwierzęta otrzymały wcześniej jedzenie i wodę około godziny 17:00.

W materiałach pokazano również bałagan znajdujący się w kenelach, nie odnosząc się do faktu, że koty były w trakcie przygotowań do przeniesienia do już wynajętego mieszkania. Opublikowany film zawierał także moment przenoszenia większej liczby kotów w jednej klatce transportowej, co mogło sugerować, że zwierzęta były w taki sposób przetrzymywane na stałe, podczas gdy była to sytuacja chwilowa związana bezpośrednio z interwencją i zabezpieczaniem zwierząt celem przewiezienia do schroniska.

Materiały opublikowane w internecie nie przedstawiały wcześniejszych kontroli ani późniejszych ustaleń prokuratury, co miało bardzo duży wpływ na sposób odbioru całej sprawy przez opinię publiczną.

Postępowanie zakończyło się decyzją korzystną dla mnie, która następnie została utrzymana przez sąd w lutym 2026 roku.

Żadna z instytucji, fundacja biorąca udział w interwencji ani osoby uczestniczące w tych działaniach do dnia dzisiejszego nie sprostowały swoich wcześniejszych doniesień ani nie opublikowały informacji o późniejszych ustaleniach prokuratury. Działania te doprowadziły do sytuacji, w której przez długi okres czasu praktycznie nie miałam możliwości wynajęcia jakiegokolwiek mieszkania, nie wspominając już o realnej możliwości odzyskania i odbioru kotów.

Równocześnie fundacja biorąca udział w interwencji wielokrotnie publikowała oraz ponownie wykorzystywała film i zdjęcia z interwencji w swoich mediach społecznościowych, również po wydaniu decyzji prokuratury oraz krótko przed utrzymaniem tej decyzji przez sąd. Materiały te były jednocześnie wykorzystywane przy prowadzonych zbiórkach internetowych dotyczących działalności fundacji. Z wykorzystaniem tych samych materiałów fundacja występowała również w mediach o ogólnopolskim zasięgu, co powodowało dalsze utrwalanie w internecie jednostronnego obrazu całej sytuacji.

Po późniejszych wydarzeniach związanych z interwencją oraz całym dalszym przebiegiem sprawy psychicznie przestałam funkcjonować w sposób normalny i przez długi czas nie byłam już w stanie dalej walczyć o cokolwiek tak, jak wcześniej.

Nie próbuję nikogo przekonać, że przez ponad 7 lat byłam osobą idealną, że nie popełniałam błędów albo że wszystkie moje decyzje były rozsądne. Dzisiaj sama widzę wiele rzeczy inaczej i wiem, że część osób patrząc z boku powie: "trzeba było zakończyć to dużo wcześniej". Problem polega na tym, że ludzie widzą głównie finał całej sytuacji — samochód, interwencję, koty w kenelach — ale nie widzą mechanizmu, który trwał latami.

Te trzy koty nie pojawiły się u mnie nagle. Nie były efektem kolekcjonowania zwierząt ani sytuacji, w której celowo brałam na siebie więcej, niż byłam w stanie udźwignąć. Były własnością człowieka, z którym przez lata pozostawałam w stałym kontakcie. Od początku słyszałam zapewnienia, że sytuacja jest tymczasowa, że koty zostaną odebrane, że koszty zostaną zwrócone, że "jutro będzie", "jutro przyjedzie", "zaraz wszystko się wyprostuje". I właśnie na tych zapewnieniach zaczęłam opierać swoje decyzje.

Najłatwiej jest dziś powiedzieć, że powinnam była od razu wszystko zakończyć. Tylko że gdy człowiek już po kilku miesiącach zaczyna mieć zaległości, problemy finansowe, długi, kiedy żyje z renty i nie ma realnych możliwości samodzielnego wyjścia z sytuacji, to zaczyna funkcjonować od jednej obietnicy do drugiej. Ja nie tkwiłam w tej sytuacji dlatego, że było mi wygodnie. Tkwiłam w niej dlatego, że cały czas wierzyłam, że rozwiązanie jest naprawdę blisko.

Za każdym razem, gdy sytuacja robiła się krytyczna — problemy z czynszem, odcięcie mediów, sprawy związane z eksmisją — słyszałam, że mam się nie martwić, że wszystko zostanie załatwione, że przyjedzie, pomoże, zapłaci. Informowałam go o wszystkim na bieżąco. Wysyłałam zdjęcia pism, dokumentów, informacji o zadłużeniu, o sprawach sądowych, o sytuacji mieszkaniowej. Nigdy nie ukrywałam przed nim tego, co się dzieje, właśnie po to, żeby później nie powiedział, że o niczym nie wiedział. 

Najbardziej bolesne jest dla mnie to, że wiele moich decyzji życiowych było podejmowanych w oparciu o konkretne deklaracje. Jeśli słyszę, że ktoś będzie jutro z pieniędzmi albo że sam przyjedzie następnego dnia, to naturalne jest, że planuję życie w oparciu o te informacje. Gdybym usłyszała wprost: "nie mam pieniędzy", "nie wiem kiedy przyjadę", "nie dam rady", 'zrzekam się", mogłabym zacząć działać zupełnie inaczej. Mogłabym wcześniej zamknąć działalność, szukać innego rozwiązania, inaczej gospodarować pieniędzmi albo próbować ratować sytuację na własny sposób. Problem polegał na tym, że do samego końca słyszałam zapewnienia, że pomoc jest dosłownie za chwilę.

Tak było również przed samą eksmisją i później przed sytuacją, w której znalazłam się w samochodzie z kotami — moimi i jego. Nie przedłużyłam umowy najmu, bo miał przyjechać. Później miał przyjechać ktoś z pieniędzmi. Potem znowu on sam. W efekcie znalazłam się w sytuacji, która z zewnątrz wyglądała jak kompletne szaleństwo, ale z mojej perspektywy miała być rozwiązaniem na jeden dzień, maksymalnie dwa. Nawet wtedy wierzyłam, że skoro sytuacja osiągnęła absolutne dno, to w końcu przyjedzie i to zakończy.

Nie próbuję dziś zrzucić z siebie całej odpowiedzialności. Wiem, że popełniłam błędy. Wiem, że powinnam była wcześniej postawić granice. Wiem, że nie powinnam była tak długo wierzyć w kolejne deklaracje. Przez bardzo długi czas wydawało mi się również, że ktoś, kto sam ma swoje zwierzęta i deklaruje miłość do zwierząt, jest jednocześnie człowiekiem bardziej empatycznym wobec drugiego człowieka.

Najbardziej boli mnie to, że dziś wiele osób widzi we mnie wyłącznie kobietę z interwencji, z kotami, z problemami, bez próby zrozumienia, jak ta sytuacja wyglądała przez lata i dlaczego podejmowałam właśnie takie decyzje.

Nie oczekuję od nikogo litości ani usprawiedliwiania wszystkiego. Chcę jedynie, żeby ludzie zrozumieli, że za tym wszystkim stał wieloletni mechanizm ciągłych zapewnień, odkładania rozwiązania problemów i życia w ciągłym oczekiwaniu, że "jutro" w końcu naprawdę nadejdzie.

Być może właśnie dlatego dziś szczególnie trudno jest mi zaakceptować fakt, że przez bardzo długi czas wierzyłam, iż sama miłość do zwierząt automatycznie oznacza również większą wrażliwość na sytuację drugiego człowieka. Dziś wiem, że te dwie rzeczy nie zawsze idą ze sobą w parze.

 

NIECZYNNE
NIECZYNNE

ZADZIOREK ... nazwa hoteliku wzięła się od 4 tygodniowego kociaka znalezionego w 2006 r. przez mojego syna w osiedlowym śmietniku. Na początku miał na imię Ozyrys. Ponieważ za Tęczowy Most odeszła jego wcześniej znaleziona siostra, brzydko kojarzące się imię zmieniliśmy na Zadziorek ze względu na zadarty nosek. Był paskudny, zasmarkany, zaropiały, śmierdzący, z kocim katarem, z powiekami pełnymi kleszczy. Okazał się pięknym i bardzo mądrym kotem. Gdy urodziła się moja wnuczka zawsze spał obok niej i pilnował. Uwielbiał porządki, klucze lub inne położone na stole rzeczy zwalał, jego zdaniem nie tam było ich miejsce. Po młodszych "braciach i siostrach" zawsze szedł do łazienki sprawdzić czy zostawili po sobie porządek. W 2016... Odszedł za Tęczowy Most

Jesteśmy otwarci na ...

KOTY
KOTY
PSY
PSY
KRÓLIKI
KRÓLIKI
GRYZONIE:  myszy, szczury, myszoskoczki, koszatniczki, chomiki, szynszyle, świnki morskie, fretki oraz jeże.
GRYZONIE: myszy, szczury, myszoskoczki, koszatniczki, chomiki, szynszyle, świnki morskie, fretki oraz jeże.
GADY PŁAZY PAJĄKI
GADY PŁAZY PAJĄKI
PTAKI
PTAKI

Jeśli masz wątpliwości co do przyjęcia Twojego pupila, zadzwoń do nas !!!

© 2018 Hotel dla zwierząt ''Zadziorek'' | Wszelkie prawa zastrzeżone
Powered by Webnode
Create your website for free! This website was made with Webnode. Create your own for free today! Get started